GŁOSZENIE EWANGELII
Witam!
Ostatnio na jednej ze stron o tematyce
chrześcijańskiej przeczytałem:
Każdy z nas codziennie powinien sobie powtarzać
słowa świętego Pawła:
"Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii"
W jaki sposób powinno się głosić Dobrą Nowinę
(Ewangelię), jak to rozumieć,
czy chodzi tu o cytowanie Pisma Świętego Ludziom ???
Proszę o pomoc w zrozumieniu!
P.S.
Wracając do poprzedniego mojego maila, wydaje mi
się, że zawsze powinno się
dziękować komuś za pomoc, dlatego teraz też
dziękuje. :)
Pozdrawiam Serdecznie !!!
ODPOWIEDŹ:
Witaj przyjacielu,
Ja myślę, że ktoś tu trochę przesadził i nie zupełnie
rozumie różnicę miedzy każdym z nas i apostołem
Pawłem.
Nie każdy ma powołanie do głoszenia Ewangelii. Do
głoszenia Ewangelii trzeba mieć dar i powołanie.
Trzeba też rozumieć, że w czasach apostoła Pawła
Chrześcijaństwo dopiero się ukazało na rynku tego
świata - że tak się wyrażę.
Dzisiaj chrześcijaństwo jest już rozpowszechnione
wystarczająco, Biblia jest dostępna wszystkim, a
ewangelizowanie krajów jeszcze nie znających
chrześcijaństwa to należy do powołanej przez Boga
instytucji kościelnej. Pan Bóg ustanowił w tym celu
instytucję kościelną i nią się posługuje, aby
rozpowszechniać Ewangelię po całym świecie.
Tak więc wszyscy nie możemy i nie powinniśmy równać
się z apostołem Pawłem.
Ale to nie znaczy, że wszyscy nie powinniśmy dawać
dobrego chrześcijańskiego przykładu, do tego wszyscy
jesteśmy zobowiązani. Dawanie przykładu i dawanie
świadectwa wiary to tak - to jest obowiązkiem każdego
chrześcijanina, ale ewangelizowanie to wielka
odpowiedzialność i nie każdy powinien się do tego
poczuwać tylko dlatego, że apostoł Paweł powiedział te
słowa.
Jeśli Bóg udzieli ci daru apostolstwa to On sam cię
do tego tak przygotuje, że będzie to dla ciebie rzecz
naturalna i zupełnie spontanicznie będziesz to czynił
jako z powołania, a nie z własnego wyboru. Powołanie
Boże tym właśnie się charakteryzuje, że człowiek wie i
jest pewien co ma robić i jak ma to robić. A jest to w
nim tak silne, że wręcz nie może nic innego robić, ale
to do czego Bóg go powołuje. Bóg daje wlaną zdolność
do służby Ewangelii i do głoszenia Dobrej Nowiny.
Skoro tego w tobie niema sposobem naturalnym to bądź
spokojny, Bóg cię na razie do tego nie powołuje, a
jeśli cię nie powołuje to znaczy, że nie będzie tego
od ciebie oczekiwał.
Jeśli jednak weźmiesz sobie do serca i zechcesz służyć
głoszeniu ewangelii bez powołania to istnieje obawa,
że zbłądzisz i popadniesz w fałsz (Jakuba 3:1). Biada
więc temu kto łapie się za głoszenie Ewangelii bez
powołania, tak samo jak biada temu kto unika głoszenia
Ewangelii mając do tego powołanie.
Z mojej obserwacji, to jasno wynika, że Bóg powołuje
cię na razie do nawrócenia, bo sposobem naturalnym
wzbudza w tobie pragnienie wiedzy, dlatego szukasz i
znajdujesz.
Pan Jezus powiedział:
Jan 6:44
"Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie
pociągnie Ojciec, który Mnie posłał Ja zaś wskrzeszę
go w dniu ostatecznym."
Nikt nie zainteresuje się zbawieniem duszy jak go
Ojciec do tego nie powoła, dlatego głoszenie Ewangelii
tym, których Bóg do zbawienia nie pociąga nic nie da.
Takim ludziom trzeba tylko dawać świadectwo.
Jaka dawać to świadectwo?
Przede wszystkim nie brać udziału w ich grzechach, ale
dawać im do zrozumienia, że to co oni robią jest
sprzeczne z wolą Bożą.
Można z nimi przebywać, ale nie wolno mieć z nimi
społeczności, czyli nie mieć z nimi wspólnego języka.
Nie wolno być biernym i tolerować ich, na przykład
udawać, że się nie dostrzega grzechu i traktować ich
tak jakby nie byli grzesznikami.
Chodzi bowiem o to, że jeśli Bóg powoła do nawrócenia
którego z tych grzeszników, aby Bóg mógł mu pokazać
ciebie za przykład i aby mógł się tobą posłużyć w
nawróceniu tamtego 1. L. Piotra 2:12
Dawanie świadectwa jest więc wielką służbą i sztuką,
trzeba to czynić w zachowaniu wszystkich zasad i
przykazań Bożych, okazując troskę i miłość, ale przy
tym nie dać zielonego światła do grzechu. W ten sposób
głosisz Ewangelię, bez cytatów, ale przykładem w
sytuacjach życia codziennego.
Na przykład w potocznej mowie używać słów takich jak
"Chwała Bogu", "Dzięki Bogu", "niech Bóg broni",
omijać wzywania Imienia Pana Jezusa nadaremno i
wszystkich innych słów i tematów, które są obrazą dla
Boga. Bronić tego co słuszne, mieć odwagę powiedzieć
komuś kto właśnie powiedział coś brzydkiego "Bóg to
usłyszał".
Uświadamianie ludzi o istnieniu Boga, o Jego obecności
zawsze i wszędzie jest wspaniałą formą dawania
świadectwa o tym, że Bóg jest i że od Niego wszystko
jest uzależnione. Po prostu przy nadarzających się
sposobnościach i to w sposób wyłącznie naturalny dawać
ludziom świadectwo, że kochasz Boga i pragniesz
wykonywać Jego wolę. Wcale nie musisz ludzi uczyć co
mają robić, ale raczej dawaj siebie za przykład, że ty
tego i tamtego nie zrobiłbyś ze wzglądu na miłość dla
Boga.
Nie czyń wysiłków, aby prowokować sytuacje, aby dać
świadectwo, bo to bardzo szybko doprowadzi do pychy
religijnej. Bóg sam postawi cię w sytuacji, gdzie
będziesz miał sposobność dać świadectwo.
Przykładem są Świadkowie Jehowy, chodzą po domach,
niby jako przykład pierwszych chrześcijan i wmawiają
ludziom na siłę swoje nauki - to jest sztuczne i
fałszywe. Oni nie mają powołania, ale czynią to z
własnej ambicji religijnej i wychodzą z tego przeróżne
bluźnierstwa.
My żyjemy w czasach końca świata, bo już do prawdy
mało co zostało i formy ewangelizacji już nie da się
porównać z tym co było w czasach apostolskich.
Teraz jeszcze małe uzupełnienie na temat poprzedniego listu.
Rz. 7:2-3 "Podobnie też i kobieta zamężna, na mocy
Prawa, związana jest ze swoim mężem, jak długo on
żyje. Gdy jednak mąż umrze, traci nad nią moc prawo
męża.(3) Dlatego to uchodzić będzie za cudzołożną,
jeśli za życia swego męża współżyje z innym mężczyzną.
Jeśli jednak umrze jej mąż, wolna jest od tego prawa,
tak iż nie jest cudzołożną, współżyjąc z innym
mężczyzną."
Kiedy Pan Jezus i apostołowie nauczali o
nierozerwalności małżeństwa, to wtedy nie było tego
rodzaju ślubów jak to ma miejsce w czasach
dzisiejszych. Czyli w kościele ceremonii nakładania
obrączek nie było. W tamtych czasach małżeństwa nie
były zawierane na zasadzie miłości, ale małżeństwa
były uzgadniane prze rodziców i rodzice dawali swoje
córki za mąż za tego kogo rodzice wybrali dla niej za
męża. Miłość budowało się po ślubie a nie przed. I
żony kochały swoich mężów jeśli były pokorne.
Panna młody musiała być dziewicą, bo jej dziewictwo
pieczętowało małżeństwo. Nie było kościołów ani nikogo
kto by zapieczętował małżeństwo, ale tylko ten fakt,
że rodzice się dogadali i zadecydowali i pan młody
wziął pannę młodą do lóżka i stali się "jednym ciałem"
Pan Bóg to widział i prawem swoim opieczętował.
O takim związku mowa jest w tym - i w każdym innym -
wersecie biblijnym.
Co do prawa miłości, to niby w dzisiejszych czasach
małżeństwa pobierają się na zasadzie miłości i
przyjaźni, ale ile z nich wytrwa w tej miłości i
przyjaźni do śmierci? Ileż to małżeństw zawartych w
miłości kończy się śmiertelną nienawiścią?
Jeśli więc możliwym jest to, że wielka miłość
przerodziła się w nienawiść to również możliwym jest
to, że brak miłości w zaaranżowanym małżeństwie przez
rodziców przerodzić się może w szczerą i szlachetną
miłość.
Życzę błogosławionych rozważań,
- Szczęść Boże!
|